*********************************** STRONA ZAWIERA TEKSTY OBRAZOBURCZE!!! CZYTASZ NA WŁASNE RYZYKO**************************

poniedziałek, 28 stycznia 2013

PREZES WRÓCIŁ !!!

Prezes wrócił z wojaży. Brudny, nieogolony i cuchnący... ale z walizką pomysłów. Zapomniał tylko kodu dostępu do jej zamka. Ale się stara.

czwartek, 24 stycznia 2013

ALE JAJA 11.







poniedziałek, 24 grudnia 2012

Informacja techniczna

W związku z wyjazdem prezesa do uzdrowiska Baden-Baden (nie wiemy skąd miał kasę, pewnie nam ZUS-u nie płaci), w miesiącu styczniu, ogłasza się co następuje: Nowe posty będą się ukazywać nieregularnie (czyli tak jak zawsze). Nie ma co pisać do prezesa bo nie odpisze (czyli tak jak zawsze). Donosy można słać (czyli tak jak zawsze). Nie wiemy co prezes nam zaaplikuje w styczniu, bo nie mamy dostępu do jego tajnej bazy Vaderowa (czyli tak jak zawsze). Jeśli prezes nie wróci (utonie w borowinie, zachłyśnie się wodą leczniczą lub coś w tym stylu), to nie będziemy wiedzieć co dalej robić i zaczniemy panikować (czyli tak jak zawsze). Listy do prezesa, zaadresowane : "Prezes. Baden-Baden", będą wyrzucane do kosza (chyba, że kosz zabierze prezes ze sobą). Inne listy, zaadresowane na redakcję... też będą wyrzucane, jeszcze nie wiemy gdzie bo czekamy na zgodę na umiejscowienie hałdy. W sprawach spornych prosimy kierować się do deseczki zawieszonej na ścianie. Uderzyć trzy razy głową i sprawdzić, czy nadal sprawa jest sporna.
To by było na przedzie. Albo na tyle. Zależy jak kto ma.
Gdyby wcześniej nastąpił koniec świata to ten post się nie ukaże. Jeśli go jednak czytacie, to tym walniętym Majom się nie chciało większego kółka robić i ryć kalendarza do 21.12.2021.

niedziela, 23 grudnia 2012

RYTSERZE (Oblężenie Malborka 1457-1460)


Trójka rycerzy: Dobrowoj z Pyzdr, Krzesimir z Kalisza i Bzdzisław z 
Pierdogrzmotów siedzieli na wieży zamku w Malborku i oddawali się zabawie w grze w kości.
-Rzucasz Bzdzichu – powiedział Dobrowoj do miętoszącego kości w ręce kompana.
-Zaraz... zaraz – zżymał się Bzdzisław – trzy szóstki mi wyjść muszą, to jeszcze pomiędlić trochę muszę.
-Ostatnio jak kolega chciał cztery szóstki wyrzucić to tak pieprznął kośćmi, że jedna za basztę poleciała – zauważył Krzesimir – boleśnie kmiecia jakiegoś w oko godząc.
-Ja się z kmieciem godzić nie chciałem – zauważył Bzdzisław – zresztą ci kmiecie to zdrajcy.
-No i tu się z kolegą zgodzić musimy – powiedział Dobrowoj – gdyż podstępnie krzyżakom miasto oddali, którzy to zakonni nas teraz w oblężeniu, w zamku trzymają
-Ten piekielny burmistrz, Blume Bartłomiej im bramy otworzył – dodał Krzesimir – Jakbym go dorwał to bym mu kości porachował.
-A propos kości... to będę rzucał! – krzyknął Bzdzisław. Obaj jego kompani wykonali przysłowiowy pad płaski. I mieli rację, bo rzucone przez Bzdzisława kości, raczyły się odbijać od wszystkiego i przelatywać ze świstem nad ich głowami.
-No i jakieś szóstki wypadły? – zapytał Dobrowoj, nie podnosząc się z ziemi.
-Możliwe... ale trzeba by zejść na dół i sprawdzić – odrzekł zasmuconym głosem Bzdzisław.
-No i znowu młotek kości za wieżę wywalił – mruknął Krzesimir – i w co my teraz grać będziemy?
-Mam planszę do hnefatafl – powiedział Dobrowoj siadając na słomie, zalegającej podłogę wieży – tylko pionów nie mam... a nawet jakbym miał to by je Bzdzichu i tak wywalił na dół.
-Hne... hen... hnu... hne... że jak? – zapytał z zainteresowaniem Bzdzisław.
-Hnefatafl – odparł Dobrowoj – takie szachy wikingów... tam u nich za morzem, popularne bardzo.
-Hne... hne... – jąkał Bzdzisław.
-No dobra, ustalmy, ze nie mam żadnej planszy – zdenerwował się Dobrowoj.
-I może tak lepiej, bo nam się Bzdzisław zapowietrzy – odparł Krzesimir – Zresztą to skomplikowana gra i bez Wikinga z instrukcją, grać się nie da.
-A nawet bez dwóch Wikingów, bo są dwa rodzaje pionów – rzekł Dobrowoj.
-A skąd wziąć Wikinga? – zapytał Bzdzisław.
-Ze sklepu... – zaśmiał się Krzesimir – Zapytaj tych pod wieżą... może mają na sprzedaż jakąś... parkę Skandynawów z instrukcją gry w hnefatafl.
-Dobre... bardzo dobre Krzesimirze – również zaśmiał się Dobrowoj. Jedynym który się nie śmiał, był Bzdzisław, który biorąc słowa Krzesimira za dobrą monetę, wychylił się przez otwór strzelniczy.
-Eeee!!! – zaryczał – Tam na dole!!! Macie może dwóch Skandynawów z instrukcją?
-No młotek prawdziwy – powiedział Krzesimir łapiąc się za głowę.
-Bzdzichu... żartowalim jeno z tymi Skandynawami – powiedział Dobrowoj. Bzdzisław odwrócił się do kompanów.
-Mówią, że Skandynawów nie mają... – powiedział spokojnie Bzdzisław – Mają jednego Czecha i jakiegoś z Moraw, ale nie chcą ich dać
-Matko przenajświętsza – załamał ręce Krzesimir – pomyliłem się, to nie młotek... to młot większy od Karola Młota.
-Coś jeszcze krzyczą – powiedział Bzdzisław i wychyliwszy się za blanki, zaryczał – Czegooo?
-On na nas jakieś nieszczęście sprowadzi – powiedział Krzesimier – Jak mi Bóg miły.
-No może i tak być – potwierdził Dobrowoj – Więc nasuwa się pytanie, wciągnąć go do środka... czy tez popchnąć?
Ale nie zdążyli sobie na to pytanie odpowiedzieć, bo Bzdzisław sam się wycofał i usiadł na podłodze.
-Powiedzieli, że nie mają Skandynawów  ale w zamian nam kule przyślą – powiedział Bzdzisław – Podobno nadmiar mają czy coś... a nam się do gry przydać mogą...
-Na ziemię! – krzyknął Krzesimir. I miał rację. Bo po chwili huk się rozległ na dole i salwa z krzyżackich bombard przeleciała nad zajmowaną przez kompanów, wieżą.
-No i kretyn na nas ostrzał sprowadził – wysyczał nerwowo Krzesimir.
-Chcieliśmy mieć rozrywkę, to mamy – stwierdził Dobrowoj – A raczej... możemy mieć... jak któraś kula tu wpadnie.
-Chyba za duże do gry te kule – skonstatował Bzdzisław zerkając na zewnątrz.
-Łomie jeden... Krzyżacy nas z bombard ostrzeliwują – podniesionym głosem powiedział Dobrowoj – A ty myślisz, że nam kulki do grania chcą tu wrzucić?
-To nie do zabawy? – zapytał zdziwiony Bzdzisław.
-No proszę, zrozumiał – powiedział Krzesimir z pozycji leżącej, w której się wszyscy znajdowali.
-Nie... do... zabawy? – wydukał gniewnie Bzdzisław – To psubraty jedne, oszukali mnie.
-Się musieli natrudzić, by takiego omnibusa w pole wyprowadzić – rzekł ironicznie Dobrowoj.
-Ja im zaraz pokażę! – zaryczał Bzdzisław – Dajcie coś, to w nich ciepnę...
-No młotek totalny – stwierdził Krzesimir – Czym w nich rzucisz... wazonem?
-O! Wazon! – radośnie zakrzyknął Bzdzisław, dokonując tego epokowego, w jego mniemaniu odkrycia. Chwycił rzeczony wazon i bez namysłu wywalił za blanki. Ku zdziwieniu pozostałej dwójki, rozległ się gruchot tłuczonej skorupy i wystrzały ucichły.
-Nie wiem, czy wierzyć własnym uszom – powiedział Krzesimir, podnosząc twarz z zakurzonej posadzki – Ale słyszę ciszę.
-W co kolega raczył wcelować? – zapytał Dobrowoj, zerkając na Bzdzisława.
Bzdzisław ponownie wychylił się za mur i splunął w kierunku oblegających.
-Eeee!.. tam na dole – krzyknął – Kto dostał?
-Normalnie gość bez oporów – powiedział Dobrowoj.
-Rzekłbym opływowy – odparł Krzesimir – gdybyśmy w tych czasach znali już aerodynamikę.
-No fakt – odrzekł Dobrowoj – Nie znamy jeszcze.
-Morawiak – powiedział Bzdzisław, odwracając się do kolegów.
-To jakieś hasło? – zapytał Krzesimir – Czy kolega zna odzew? – dodał, patrząc się na Dodbrowoja
-Pustułka – zaryzykował Dobrowoj.
-Co pustułka? – zapytał Bzdzisław.
-Co Morawiak? – zripostował pytaniem Dobrowoj.
-W czubek hełmu dostał – odparł Bzdzisław – Ten Morawiak... a co pustułka?
-Ptak... – powiedział Krzesimir.
-Gdzie? – zapytał Bzdzisław, rozglądając się po zajmowanym przez nich pomieszczeniu.
-Nieistotne Bzdzichu, poleciał... – rzekł Dobrowoj – Ważniejszy jest ten Morawiak, bo to sam Bernard Szumborski, von Zinnenbergiem zwany... czyli po naszemu Bernardzik z Cynowej Góry.
-Rzekłbym ... Cynowy Bernardzik – zaśmiał się Krzesimir.
-Cy nowy... to bym nie powiedział – odparł Bzdzisław znów rzucając okiem z a mur. – On taki bardziej pognieciony teraz... szczególnie od góry... zresztą sami zobaczcie.
Rycerze wychylili się obok Bzdzisława. Faktycznie, krzyżak z kawałkami wazonu na hełmie, zataczając się, odchodził w kierunku obozu.
-I żebyś czerwonki dostał, łachu jeden – krzyknął za nim Bzdzisław
-No nie, z czerwonką bym nie przesadzał – powiedział Dobrowoj.
-A to czemu? – zapytał Krzesimir.
-Bo akurat Oldřich Červonka, to dowódca obrony naszego zamku – odparł Dobrowoj.
-A to nie, to honor zwracam – powiedział Krzesimir.
-Teraz będzie zwracał? – zapytał Bzdzisław
I tak w miłej atmosferze, potoczyła się dalsza dyskusja, zakończona omdleniem rycerza Bzdzisława, spowodowanym użyciem drugiego wazonu, stojącego w rogu wieży obronnej zamku w Malborku. I tak było przez 34 miesiące aż nie pojawił się król Kazimierz Jagiellończyk i nie odbił zamku z rąk krzyżackich. A to i w sam czas się stało, bo zapas wazonów na wieży się skończył.