*********************************** STRONA ZAWIERA TEKSTY OBRAZOBURCZE!!! CZYTASZ NA WŁASNE RYZYKO**************************

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Takie tam...




wtorek, 9 grudnia 2014

???


wtorek, 23 września 2014

KURT


Wyszedłem dziś rano z psem na spacer. Kurta nigdzie nie było. Postanowiłem więc przejść się utartym szlakiem. Myślałem, że może gdzieś go spotkam. W połowie tego, utartego szlaku podszedł do mnie sprężystym krokiem starszy mężczyzna. Zaczął rozmowę od zachwytów nad moim psem.
-Jaki piękny piesku – powiedział, a w jego głosie usłyszałem wyraźnie tą charakterystyczną, kresową nutę. Ten zaśpiew, to zaciąganie. Ponieważ dawno nie słyszałem tego akcentu, postanowiłem chwile postać i posłuchać starszego mężczyzny. Mój pies szwendał się koło naszych nóg, to odbiegając, to znów wracając z kawałkiem patyka w pysku. Nie zwracałem na niego specjalnej uwagi. Do czasu, kiedy to mężczyzna przerwał w połowie swoje zdanie i spojrzał na mojego czworonoga
-Pies kuleje – powiedział. Popatrzyłem na mojego psa z uwagą. Ale nie kulał.
-Pies kuleje – powtórzył starszy Pan z jakąś dziwną miną. Ponownie rzuciłem okiem na psa, ale nie zauważyłem żadnych symptomów kulenia.
-No nie wiem, chyba nie kuleje – stwierdziłem, zerkając to na psa to na mojego rozmówcę.
-Pies kuleje – powtórzył stanowczym głosem starszy Pan.
-No nie kuleje, przecież widzę – odparłem już trochę zmęczony wmawianiem mi czegoś, co nie ma miejsca.
-Piesku leje mi na nogę – powiedział mój kresowy rozmówca, odwrócił się na pięcie, i z mokrą nogawką, pomaszerował przed siebie.
.

wtorek, 15 lipca 2014

KURT



Idąc do sklepu po chleb i kiszone ogórki, napotykam Kurta siedzącego na ławce. Nic dziwnego więc, że przysiadam koło mojego najlepszego przyjaciela.
-Wiesz co jest najgorsze w samotności? – pyta Kurt na powitanie.
-Hmm... że się jest samemu? – odpowiadam pytaniem.
-Nie – mówi Kurt i spluwa na trotuar – Najgorsze jest to, że nie ma komu sprawić bólu, smutku i do łez doprowadzić.
-A Mieciowi z drugiego piętra? – pytam
-Ale mnie chodziło o kogoś bliskiego – mówi Kurt, zerkając na mnie. – Na kogoś, kto jest przy Tobie, komu na Tobie zależy... takim osobom najlepiej sprawia się ból.
-Myślę, ze Miecio nam na razie powinien wystarczyć – odpowiadam
-Miecio to substrat – odpowiada Kurt – Takie placebo Mieciowe...
-Z braku laku i placebo lekiem na każde zło – mówię spoglądając na balkon drugiego piętra.
-Ale czy Miecio wie? – pyta Kurt – Czy wie, że jest zastępstwem naszych matek, ojców, żon i dzieci?
-Nie wiem czy wie – mówię spokojnie – Można się go zapytać...
-Miecio !!! – ryczy Kurt. Na balkonie pojawia się rudy chłopczyk w okularach.
-Mieciooo... – kontynuuje Kurt – Twoja stara szuka trufli w lesie !!!
Rudy chłopczyk z płaczem ucieka z balkonu.
-Eee... cienkie to było – mówi Kurt
-Cienkie... – odpowiadam – mogłeś powiedzieć, że czesze kotlety.
-Mogłem – odpowiada Kurt i wstaje – Do dupy z samotnością.

czwartek, 13 lutego 2014

KOLORY

Kolory – 12.02.2014

Takie piękne jest niebo, granatowe
Żółty piasek się odcina mocna kreską
Jesień przez park zapieprza, gubiąc liście
Płomieniami wirując nad kładeczką

Czerwień wozów strażackich, złoto kasków
W kroplach wody zaklęte są pryzmaty
Pokaz akcji bojowej w szarym dymie
Zamknięty w barwnej fotografii

Trzy kolory, czerwony, a więc stoję na przejściu
Rozglądając się, gdzie jest to wszystko
                                                Za cholerę nie widzę, ale trudno się dziwić
                                                Skoro jestem od dziecka daltonistą

Pan Polityk

Pan Polityk - 12.02.2014

Proszę Pana, ten polityk to jest święty
On nie skrzywdzi ani chrząszcza ani muchy
Kiedy mieszkał jeszcze u nas w kamienicy
To na wolność puszczał nawet karaluchy

On złotówki nie wziął nigdy od nikogo
Z biednym się podzielił chlebem oraz kocem
Jest patriotą, bogobojnym ideałem
Krystaliczna jego dusza, myśli złote

Nie wiem czemu dopieprzacie się do niego
Wy pismaki i wszystkie medialne gnoje
                                                To, że nawalony zleciał dziś z mównicy
                                                To nie ważne, ważne to, że chla za swoje.

środa, 29 stycznia 2014

GRODZISZCZE


Trójka rycerzy: Dobrowoj z Pyzdr, Krzesimir z Kalisza i Bzdzisław z
Pierdogrzmotów stali sobie spokojnie na pagórku, pośród drzewek liściastych i nielicznych chojaków, przyglądając się panoramie roztaczającej przed ich oczyma.
-To gdzie nas dziś wywiało? – zapytał Dobrowoj
-Nie wiem – odparł Krzesimir, przyglądając się otoczeniu – Nie wiem, ale grodziszcze jakoweś widzę...
-Też je dostrzegłem – powiedział Dobrowoj
-A ja go nie widzę – spokojnie skonstatował Bzdzisław
-Nie widzicie, bo tyłem do onego grodziszcza stoicie i jeno choinki macie przed oczami – również spokojnym głosem odpowiedział Dobrowoj
-Nie mogę stać tyłem, bo tyłem nic nie widzę – odrzekł Bzdzisław
-Młot – powiedział Krzesimir, drapiąc się po brodzie
-Odwróćcie go kompanie miły – poprosił Dobrowoj – Bo inaczej grodziszcza nie ujrzy i opowieść nasza zawiśnie w powietrzu jak topór wikinga
-O... grodziszcze jakoweś! – powiedział Bzdzisław, kiedy Krzesimir zmienił siłą jego położenie
-No grodziszcze, grodziszcze – stwierdził Dobrowoj
-Cicho, spokojnie... muchy bzykają, słońce grzeje – powiedział Krzesimir, przeciągając się leniwie, aż nity w zbroi zaskrzypiały.
-Nuda – powiedział Bzdzisław, kładąc dłoń na głowni miecza
-Jaka nuda? – zapytał Dobrowoj, spoglądając na Bzdzisława zdziwionym wzrokiem
-No nuda – odparł Bzdzisław – Nic się nie dzieje, grodziszcze stoi, nikt go nie oblega, no żeby chociaż jakieś małe zarzewie ogieńka, oręża szczęku nie słychać, płaczu niewiast i gwałconego drobiu... nuda
-A na cholerę to koledze? – nieparlamentarnie wyraził się Krzesimir
-A na chwałę rycerską – odrzekł Bzdzisław, poprawiając przekrzywioną zbroję
-Jeden taki, to na chwałę rycerską i psychiczną chorobę symulując, na wiatraki z kopią się zasadzał – powiedział Dobrowoj
-Musiał z kopią, nie stać go było na oryginał? – zapytał Bzdzisław
-Mogę go znieczulić? – zapytał Krzesimir, potrząsając znacząco swą lśniącą rękawicą
-A jakoż się zwał ten zacny rycerz? – z zaciekawieniem zapytał Bzdzisław
-Don Kichot z Manchy – odparł Dobrowoj
-Korniszon z Hańczy? – zapytał Bzdzisław – To nie wiem czemu nie znam, wujka w Hańczy miałem
-Pewnikiem taki sam młot jak nasz kolega – z przekąsem wtrącił Krzesimir
-Miał kolega? – dopytywał Bzdzisława Dobrowoj
-Ano miałem, bo wuj zszedł był – smutnym głosem odparł Bzdzisław
-Na psychiczną chorobę? – z ironicznym uśmieszkiem zapytał Krzesimir
-Nie – odparł Bzdzisław – Do piwniczki zszedł był...
-I tam mu się zmarło? – zapytał Dobrowoj
-Nie – zdziwionym głosem zaprzeczył Bzdzisław – miodów tam różnistych dostatek w onej piwniczce był, to i wujowi czasu tam zeszło...
-No to zszedł był, czy nie był zszedł? – zapytał Krzesimir
-Też mnie to odrobinę zaciekawiło – powiedział Dobrowoj, drapiąc się w brodę
-Zamieszkał w piwniczce – spokojnie odparł Bzdzisław – Do której zszedł był...
-Ale żyje? – dopytywał Krzesimir
-Tego nie wiem – odparł Bzdzisław – Nikt go od tamtej pory nie widział
-To i tak nie ma w sumie znaczenia – powiedział Dobrowoj – W końcu o innego rycerza się rozchodziło i nie z Hańczy tylko z La Manchy...
-Aaa – ze zrozumienie „zaaował” Bzdzisław – A ten Korniszon z Manczy to kto?
-Nie „Korniszon”, tylko Don Kichot – nader spokojnie tłumaczył Dobrowoj – Błędny rycerz
-Aaa – ponownie „zaaował” Bzdzisław
-Zdzielić go? – zapytał Krzesimir
-Nie... no – zawahał się Dobrowoj – Może mu coś pod tym hełmem w końcu zaiskrzy
-Chyba jak mu iskra z ogniska tam wleci – powiedział Krzesimir
-Rycerz błędny –zadumał się Bzdzisław – znałem jednego Błędnego... ale mu Kleofas na chrzcie dali... a nie Don
-A ten miał na imię Alonso a nie „Don” – odparł Dobrowoj
-No to co mnie w błąd wprowadzacie? – zirytował się Bzdzisław
-I do tego zwano go „Rycerzem smętnego oblicza” – dodał Dobrowoj, przyglądając się reakcji Bzdzisława
-Ja jestem rycerzem... – zadumał się Bzdzisław
-I do tego smętnie oblicza – powiedział Krzesimir – Pamiętacie jak miał ocenić liczbę rycerzy przeciwnika?
-Oj pamiętam, pamiętam – odparł Dobrowoj – Powiedział „Trzech”
-No właśnie – potwierdził Krzesimir – Na polu stało dziesięć tysięcy rycerstwa... a on trzech tylko zauważył...
-Bo mnie trzech goniło – odparł Bzdzisław
-Taa... tylko na tą wieść, król nasz dwudziestu konnych zaledwie wysłał im naprzeciw – smutnym głosem powiedział Dobrowoj
-Jak wrócili, to każden jeden był siwy ze strachu – dodał Krzesimir
-Nawet ten łysy – powiedział Dobrowoj
-I każden miał zbroję do prania – powiedział Krzesimir, znacząco zerkając na Bzdzisława
-Oj tam, oj tam – powiedział Bzdzisław – Nie ma co wracać do starych czasów
-Lepiej wracać do starych, niż myśleć o nadchodzących – powiedział Krzesimir – Nigdy nie wiadomo co nasz Bzdzichu narozrabia.
-A ja tam kiedyś cos rozrabiam... - żachnął się Bzdzisław – Toć przecie ja spokojny jako baranek jakowyś.
-Baranek... – zachichotał Krzesimir – Z was kolego to nie baranek a Baran pełną gębą.
-Czy on mnie obraża? – zapytał Bzdzisław, Dobrowoja.
-Nie sądzę, raczej zbyt prawdomównym mi się wydaje – odparł wymijająco Dobrowoj.
-Aha – odparł Bzdzisław na poły rozumiejąc, albo udając, że rozumie – Może ja smętnie obliczam... ale wzrok to mam dobry
-A co tu wzrok ma do tego co mówimy – zdziwił się Dobrowoj.
-A w zasadzie nic – odparł Bzdzisław.
-No to po co kolega raczył o swym wzroku sokolim napomnieć? – zapytał Krzesimir.
-A bo się grodziszcze fajczy – spokojnie powiedział Bzdzisław.
-Gro... orzesz ty w kolczugę kłuty – fantazyjnie zaklął Krzesimir podnosząc wzrok i zerkając ku faktycznie, pięknie palącemu się gródkowi.
-Ma rację – powiedział Dobrowoj – Jeszcze chwile temu, blanki jego pięknie się skrzyły w słońcu a teraz dym czarny bucha.
-Może to Tatarzyn obległ grodziszcze – rzucił przed siebie Krzesimir.
-Tatarzyn? – zdziwił się Dobrowoj – A który to mamy rok?
-Ja dziś nie wziąłem kalendarza – odparł Bzdzisław.
-A to czemu? – zdziwił się Krzesimir – Przecież w waszych przepastnych sakwach, zawsze było nań miejsce?
-Ale ten był z księżną Gryzeldą – zawstydzony odparł Bzdzisław – i żem sobie go w izbie nad łożnicą powiesił
-O fuj – skrzywił się Krzesimir – Ja tą Gryzeldę to kiedyś widziałem.
-I jakie wrażenia? – zapytał Dobrowoj.
-O fuj – skrzywił się ponownie Krzesimir.
-A ta w kalendarzu bez sukni była – powiedział Bzdzisław lekko się śliniąc – W samych ino galotach.
-O podwójny fuj... – próbował się skrzywić Krzesimir, ale więcej już nie mógł.
-No ale może coś bliżej – powiedział Dobrowoj – Bo ja z rzeczoną Gryzeldą przyjemności spotkania nie miałem.
-Przyjemności??? – Krzesimir aż sapnął – Pamięta kolega tego ukraińskiego chłopa, Hryhorija?
-O fuj... – tym razem skrzywił się Dobrowoj.
-No właśnie – powiedział Krzesimir – Tego co nim straszono dzieci?
-O fuj, fuj... pamiętam – odparł zdegustowany Dobrowoj.
-No to Gryzelda, pięć razy brzydsza jest od Hryhorija – stwierdził Krzesimir
-O, popiątne fuj, fuj – powiedział Dobrowoj i poszarzał na twarzy.
-A mnie się podoba – powiedział Bzdzisław i zerknął w kierunku pożaru – Grodziszcze dogasa...
-O fuj... a nie, nie fuj – zastanowił się Dobrowoj – Faktycznie, jakby dogasało...
-To co robimy? – zapytał Krzesimir
-Ja kalendarza nie mam – powiedział Bzdzisław – Ale mam kiełbaski, co żem je z gospody zabrał.
-Hmm... – zamruczał Dobrowoj – Niby z kolegi taki ten, tego... ale tym razem chyba nawet ja się musze zgodzić, że kiełbaski to niegłupi pomysł.
-To co? – zapytał Krzesimir – Grillujemy?
-Chyba trzeba się spieszyć – odparł Dobrowoj – Bo nam grodziszcze zupełnie dogaśnie, a kolega niech nam te kiełbaski pokaże, bo po koledze to nigdy nic nie wiadomo...
Bzdzisław posłusznie zaczął grzebać w sakwie i po chwili wyciągnął rzeczone kiełbaski, owinięte w jakieś różowy materiał. Rozwinął je i pokazał swym druhom.
-No, i całkiem ładne te kiełbaski – skonstatował Dobrowoj – Smacznie wyglądają
-A w co kolega szanowny, to mięcho zawinął? – zapytał Krzesimir, przyglądając się różowemu materiałowi.
-A w galoty księżnej Gryzeldy – z obleśnym uśmieszkiem odparł Bzdzisław.
-O fuj, fuj, fuj – skrzywili się pozostali rycerze i zanim Bzdzisław cokolwiek do tego dodał, wskoczyli na konie i odjechali. A dym z grodziszcza unosił się za nimi jeszcze długo i całkiem wysoko, jak na takie małe grodziszcze. I nie było już im dane dowiedzieć się, że to nie od ataku niecnego Tatarzyna, grodziszcze owo spłonęło. A od iskry z ognia w który mieszkańcy grodu, z obrzydzeniem wrzucali ekskluzywne wydanie kalendarza z rozebraną do rosołu księżna Gryzeldą.

piątek, 24 stycznia 2014

KURT

Szedłem do sklepu w celu zakupu pieczywa. Zobaczyłem Kurta pod klatką bloku. Mróz taki, że ptaki zamarzają w locie i spadają miażdżąc koty. Taka zemsta. Zanim zdążyłem podejść do Kurta, ten przemieścił się do drugiej klatki. Tym razem udało mi się dotrzeć na czas. Kurt zmarzniętą dłonią kombinuje coś przy domofonie.
- Cześć, co robisz? – pytam, przestępując z nogi na nogę i przytupując.
- Integruję – odpowiada Kurt, lekko drżącym głosem, wypuszczając przy tym obłoczek pary z ust.
- Co integrujesz? – pytam – Zwariowałeś? Jest chyba ze trzydzieści stopni na minusie!
- No właśnie – odpowiada – Na dworze mróz i w kontaktach międzyludzkich wcale nie lepiej.
- To znaczy? – pytam, podskakując rytmicznie i próbując rozgrzać coraz bardziej zmarznięty korpus.
- Wiesz, że w tym bloku, a nawet w tej klatce, ludzie mieszkają po dziesięć lat – mówi Kurt – A się nie znają? Piętro wyżej to już zagranica.
- No wiem – odpowiadam – Ale co ty masz z tym wspólnego?
- Ja ich integruję – mówi Kurt i wciska naraz wszystkie guziki w domofonie. Odzywają się głosy, pytają, zaczynają się przekrzykiwać, padają inwektywy i wyzwiska.
- No i co teraz? – pytam. Kurt zerka w bok, w stronę klatki gdzie był przed chwilą. Zgromadził się tam tłumek wkurzonych „zintegrowanych” lokatorów.
- Spieprzamy – mówi Kurt i zaczyna uciekać. Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść w jego ślady, tym bardziej, że zintegrowani ruszają w naszą stronę.

Niby głupi pomysł. Ale coś w tym jest. Kurt to ma łeb... i chyba dłuższe nogi, bo nie mogę go dogonić.