*********************************** STRONA ZAWIERA TEKSTY OBRAZOBURCZE!!! CZYTASZ NA WŁASNE RYZYKO**************************

poniedziałek, 17 października 2011

ŻBIK W WERSJI NEWS CZ. 41

PONIEDZIAŁEK – W godzinach porannych, przybył do nas ks. Pistolet. Z tego co podsłuchaliśmy pod drzwiami naszego przełożonego, pułkownika Żelaznego, wynika że w naszej pięknej miejscowości pojawili się sataniście. Ksiądz poinformował pułkownika, że ktoś mu wypił wodę z kropielnicy przy wejściu do kościoła, krzyż nad ołtarzem przekręcił i wielki napis „PIZDOLET” na drzwiach sanktuarium nabazgrał. I to na nas spadł obowiązek wykrycia sprawców. Sprawę kropielnicy rozwiązaliśmy na miejscu, w komisariacie. Razem z kapralem Kluchą i posterunkowym Paprochem, obiecaliśmy sobie, że nigdy więcej, na kacu nie będziemy wchodzić do kościoła. Nie ważne jak bardzo by nas suszyło. Kapral Klucha, zlikwidował słomki przez które dokonaliśmy tego haniebnego czynu.

WTOREK – Zanim zdążyliśmy wyjść z komendy w celu poszukiwań wyżej wzmiankowanych satanistów, kiedy to zadzwonił telefon. Dzwonił ks. Pistolet. Nieznani sprawcy pomalowali jego służbowego Maybacha w kolorowe kółka. To przeważyło szalę zbrodni. Zwarci jak zwieracz, w szyku bojowym udaliśmy się na miejsce popełnienia wzmiankowanych czynów. Kiedy przybyliśmy pod kościół, ja jako najstarszy rangą, poszedłem porozmawiać z jego eminencją, a Klucha z Paprochem zostali przy Maybachu. Kiedy wróciłem, okazało się, że na karoserii ktoś nie tylko pomalował kółka, ale też je wydrapał. I krzyżyki. Skonfiskowałem Klusze i Paprochowi ich scyzoryki bojowe. Podobno Paproch wygrał z Kluchą 3:0.

ŚRODA – Po przestudiowaniu rysów psychologicznych, znanych nam bandziorów, w oko wpadł mi niejaki Lucyfer Zenon. Nie wiem czemu. Pewnie dlatego, ze nie miał ślubu kościelnego. Razem z Paprochem, udaliśmy się pod wskazany adres. Niestety, Lucyfera Zenona nie zastaliśmy. Od kilku dni był na pielgrzymce. Niósł chorągiew. Zawiedzeni naszym niepowodzeniem, profilaktycznie, aby nie zapomnieć jak to się robi, spałowaliśmy się na półpiętrze klatki schodowej.

CZWARTEK – Nasze dochodzenie nadal w lesie, a tu kolejne doniesienie. Na ścianie plebani zamieszkiwanej przez ks. Pistoleta, jakiś dowcipniś namazał wielki napis „Ave Santa”. A więc to nie sataniści a „santaniści”. Sprawdziłem w podręczniku „Mały Sekciarz”. Nie ma takiej sekty jak „Santaniści” Sprawa zamknięta.

PIĄTEK – Sprawa wznowiona po otrzymaniu ustnej reprymendy i kopa w tyłek od mojego ukochanego przełożonego, pułkownika Żelaznego. Podobno są naciski z Epidiaskopu czy jakoś tak... W nocy zaczailiśmy się z Kluchą i Paprochem pod kościołem ks. Pistoleta. W celu schwytania sprawców zbezczeszczenia sanktuarium naszego mistrza duchowego. Mniej więcej o północy pojawiły się cienie kilkunastu niewysokich postaci. Usłyszeliśmy szelest deptanych liści i lekki pokasływanie jednego ze sprawców. Miałem ochotę schwytać ich na gorącym uczynku, ale jedyną gorąca rzeczą okazał się cyngiel posterunkowego Paprocha. Nie wiem kiedy wydobył swój pistolet służbowy. Zresztą to nieistotne, bo byłem dwadzieścia metrów od niego. Posterunkowy Paproch, z okrzykiem „Alleluja” na ustach, oddał dwanaście strzałów ostrzegawczych. Niestety, nie w powietrze. Po strzałach ucichł szelest liści i pokasływanie. Profilaktycznie złapałem za ręce moich podwładnych i popędziliśmy ku najbliższemu drzewostanowi w celu ukrycia się.

SOBOTA – Zakupiłem poranną gazetę i zemdlałem, oglądając pierwszą stronę. Dobrze, że to było w tramwaju. Zwiedziłem przy okazji obydwie pętle na których nigdy nie byłem. Kiedy docucił mnie motorniczy, ponownie rzuciłem okiem na wielki nagłówek: „Znaleziono trzynaście ciał koło kościoła”. Zemdlałem jeszcze raz ale na krótko. Ocknąłem się, kiedy motorniczy wraz z pasażerami wyrzucali mnie na przystanku koło komendy. Kiedy wszedłem do środka, z miejsca pogratulowałem Paprochowi celności. Posterunkowy zemdlał. Jak stwierdził kapral Klucha, podobno już nie pierwszy raz dzisiejszego dnia.

NIEDZIELA – Dwanaście ciał znalezionych pod kościołem, okazało się ubranych w harcerskie mundurki. A zastępowy (ten który pokasływał) trzymał jeszcze w skostniałych rączkach, proporzec zastępu. Harcerze wybrali się na nocne podchody. Trzynastą ofiarą był młodzieniec ze sprayem w ręku, nadziany przez przypadek na harcerski proporzec, przez padającego zastępowego. A więc jednak na coś się przydała nasza akcja. Dostaliśmy od ks. Pistoleta po Snickersie. Akty wandalizmu ustały. Szkoda tylko, ze harcerze już nie chcą do nas przyjeżdżać. Ale może kiedyś my się do nich wybierzemy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz