*********************************** STRONA ZAWIERA TEKSTY OBRAZOBURCZE!!! CZYTASZ NA WŁASNE RYZYKO**************************

niedziela, 5 stycznia 2014

KURT


Nie widziałem Kurta ponad tydzień. Nie odzywał się, nie odbierał telefonu. Nawet nie otwierał drzwi. Widocznie miał jakiś problem. Idąc do sklepu po mleko dla kota, zobaczyłem Kurta siedzącego na betonowym słupku, który pozostał w tym miejscu od czasu jak zgubili go socjalistyczni budowlańcy. Zmieniały się czasy, rządy, ekipy a słupek stał cały czas. Bo nikt nie wiedział jakie jest jego przeznaczenie. I dotrwał do naszych czasów, aby Kurt mógł na nim usiąść pogrążony w lekturze czegoś, co z daleka wyglądało na jakąś książkę w miękkiej oprawie. Zdziwił mnie tylko długopis w ręku Kurta.
- No cześć, co się konspirujesz? – zapytałem przybijając z Kurtem zdechłego żółwika – Dzwonię, łażę do Ciebie a ty się nie odzywasz.
- Bo czekam na rozwiązanie mojego problemu – odpowiada Kurt wpatrując się w coś co miało być książką, a z bliska okazało się zestawem krzyżówek.
- Krzyżówki rozwiązujesz? – zapytałem zdziwiony.
- Nie krzyżówki... tylko krzyżówkę – odparł Kurt zagryzając czubek długopisu – I nie mogę ruszyć dalej bo się zatrzymałem na jednym haśle
- Na jakim? – pytam.
- Sześć pionowo, „Dmuchana, na plaży” – mówi Kurt i patrzy na mnie.
- I nad tym siedzisz tydzień? – pytam – Przecież to łatwe.
- No? – pyta Kurt, czekając na moją odpowiedź.
- „Piłka” – odpowiadam spokojnie, uśmiechając się z politowaniem.
- Achaaa... „Piłka” – mówi Kurt, zerkając na krzyżówkę – To w tym kierunku poszedł autor...
- A w jakim miał iść? – pytam zdziwiony.
- A no... myślałem, że trzeba ... imię wpisać – mówi Kurt i podnosi się z betonowego słupka.
Patrzę za oddalającym się przyjacielem, starając się zgłębić meandry jego umysłu.

wtorek, 31 grudnia 2013

ŻYCZENIA


sobota, 28 grudnia 2013

NA NOWY ROK




Z Notatnika Kapitana Żbika cz. 49

PONIEDZIAŁEK – Nazywam się Żbik a na imię mam Kapitan. Nasz ukochany przełożony, pułkownik Żelazny powrócił z centrali. Wziął tam udział w konferencji poświęconej zagrożeniom terrorystycznym. Kapral Klucha zapytał czy to ksiądz Pistolet poświęcił tą konferencję. Standardowo, nie dotrwał do końca zebrania załogi i z bólem kości ogonowej, pochodzącym od buta naszego pułkownika, znalazł się za drzwiami. A dalej było bardzo ciekawie. Pułkownik opowiadał nam o różnych zamachach, bombach, ładunkach, wybuchach i innych takich, od których włos się jeżył na grzebieniu, który to grzebień miałem schowany w tylnej kieszeni spodni. Włos się jeżył i  kłuł mnie w tyłek więc zacząłem się drapać. Pułkownik zaczął mnie bacznie obserwować, aż w końcu stwierdził, ze terroryści mogą rozpylić nie tylko wąglik, ale również zaatakować nas pchłami... i chyba ja jestem przykładem takiego ataku. Ale, że jest na to antidotum. Wystarczy się wykąpać. I wywalił mnie z gabinetu. Posterunkowy Paproch wyszedł sam i ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że ma nam przekazać zadanie jakie wyznaczył pułkownik, oraz streścić całość zebrania załogi dla tych którzy nie byli. Czyli dla mnie i Kluchy. Niestety, pułkownik nie wziął pod uwagę, że posterunkowy jest osobą wyjątkowo wrażliwą i dynamicznie reagującą na stresy. A nas wcale nie zdziwiło kiedy zemdlał i runął na linoleum.

WTOREK – Dopiero dzisiaj udało się Paprochowi wyjaśnić nam zadania pułkownika Żelaznego. Ale i tak szło mu opornie, bo podobno przez noc dużo zapomniał. Po pierwsze, mamy zidentyfikować w naszym miasteczku wszystkie mniejszości narodowe. Gdyż to one podobno stanowią największe zagrożenie terrorystyczne. To w zasadzie wydawało nam się dość proste. Sprawdziliśmy tylko w „Słowniku Wyrazów Tajemniczych w Służbach Mundurowych” co oznacza mniejszość. I dowiedzieliśmy się, iż mniejszość jest to coś co jest większe od zera a mniejsze od większości. Kapral Klucha się zawiesił. A raczej jego narząd, zwany mózgiem. Objawiało się to wywalonym językiem i wybałuszeniem gałek ocznych. Ocuciliśmy go szmatą służbową, pozostawioną w wiadrze przez naszą sprzątaczkę. Kiedy Klucha doszedł do siebie, zatrzymaliśmy go, żeby nie poszedł za daleko. Wtedy posterunkowy Paproch wyjawił nam dalszą część planu pułkownika Żelaznego. Po zidentyfikowaniu mniejszości, należy ją zinwigilować i zatrzymać potencjalnych terrorystów. Kapral Klucha zawiesił się po raz drugi. Niestety, szmata nie nadawała się już do użytku, więc pozostawiliśmy tak kaprala aż do środy.

ŚRODA – Kapral sam się odwiesił. Ale nie chciał powiedzieć jak. Tylko spodnie miał z tyłu upaprane. Po analizie przeprowadzonej przez naszą dzielną trójkę, okazało się, że mamy w naszym miasteczku aż dwie mniejszości. Obie w budkach. Jak ptaki. Pierwszy to Wietnamczyk w budce z sajgonkami, a drugi to Turek w budce z kebabem. Klucha się zapytał, czy też wchodzą do tych budek przez owalny otwór. Ale go zignorowaliśmy. Widać nie do końca się jeszcze odwiesił. Teraz musieliśmy tylko zdecydować. Co jest groźniejsze pod względem terrorystycznym. Sajgonka czy kebab? Paproch stwierdził, że najgroźniejszy jest hamburger... ale niestety, budka z hamburgerami należy do pana Mietka, który jest tutejszy i notowany za notoryczny alkoholizm podpłotowy. W ramach losowania, wybraliśmy budkę z sajgonkami, jako obiekt inwigilacji. Inwigilującym został kapral Klucha.

CZWARTEK – Kapral Klucha wyekwipowany w  zestaw podsłuchowo – nagrywający, został ustawiony na rogu Św. Kunegundy Co Nie Chciała Jeść Pierożków i ulicy imienia Molestowanych Ministrantów. Na owłosionej klacie, za pomocą przylepca, posterunkowy Paproch zainstalował kapralowi mikrofon, którym nagrywać miał rozmowę z wietnamskim właścicielem budy. Niestety z przyczyn finansowych, zamiast małego mikrofonu szpiegowskiego, posterunkowy przytargał profesjonalny mikrofon studyjny z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Który co raz, przyklejony w nowym miejscu klaty kaprala Kluchy, odpadał. Każde jego oderwanie, wiązało się z wydawaniem przez Kluchę odgłosu, uznanego przez okolicznych mieszkańców za odgłos szlachtowanego prosiaczka. Po kilkunastu razach, w końcu udało się posterunkowemu przykleić mikrofon do... no jakby to...powiedzieć, do już wydepilowanej klaty kaprala Kluchy. Żeby zamaskować konstrukcję wykonaną przez posterunkowego Paprocha, kapral  otrzymał bukiet żonkili. Kwiatki nie były jednak pierwszej świeżości, więc Klucha musiał je trzymać obiema rękami. Gdyż w przeróżnych, trudnych do przewidzenia momentach, raczyły zwisnąć ukazując zakamuflowaną konstrukcję podsłuchową. Żeby nie przedłużać, cała ta eskapada zdała się psu na budę, bo Klusze kiedy tylko zbliżył się do budy z sajgonkami, żonkile raczyły klapnąć a mikrofon oderwać się. Zagrożenia terrorystycznego nie stwierdzono. Jedynie kapralowi udało się wykryć w wietnamskim sprzedawcy – kryptogeja. Najwyraźniej pisk który wydał Klucha w momencie odrywania się mikrofonu i bukiet zdechłych kwiatków to sprawiły. Od tego momentu, kapral Klucha zrezygnował z sajgonek i nie odbiera listów z Wietnamu.

PIĄTEK – Pozostała nam więc tylko jedna mniejszość. A jej przedstawiciel, Abdullah Coskun zajmował się produkcją kebabu z baraniny składającej jajka. Kapral Klucha stwierdził iż samo imię naszego podejrzanego jest terrorystyczne. Ale uznaliśmy to za rasizm i zaproponowaliśmy Klusze zakup sajgonek. Jakoś się nie kwapił. W związku z totalną klapą akcji w wykonaniu kaprala, tym razem do akcji wyznaczony został posterunkowy Paproch. Trochę się opierał twierdząc, że on lubi kuchnie tradycyjną czyli wódkę i ogórka, ale służba nie drużba i musiał iść. Ale jak szybko poszedł, tak szybko wrócił. Z wbitym w tyłek rożnem pionowym. Notabene z resztkami wyśmienitego kebabu. Ale nic dziwnego, kiedy w pierwszych słowach zapytał, czy sprzedawca kebabów jest terrorystą, po czym kazał mu mówić prawdę i wskazując na swoją pałkę służbową, stwierdził że to jego abdulLacha.

SOBOTA – Nasz ukochany przełożony, pułkownik Żelazny zapytał jak idą nam poszukiwania zagrożeń terrorystycznych w naszym miasteczku. A na stwierdzenie, że nam nie idą, powiedział, że tu jest za spokojnie i coś się pewnie szykuje, ale my o tym dowiemy się z gazet bo z pracą możemy się pożegnać. Kapral pożegnał się dwa razy. A raczej przeżegnał. Nie zrobiło to jednak na pułkowniku żadnego wrażenia.


NIEDZIELA – Skoro nie znaleźliśmy zagrożenia terrorystycznego, postanowiliśmy je stworzyć. I w nocy wysadziliśmy budkę zasłużonego dróżnika, pana Cześka. Niezapomniany widok pana Cześka, który z płonącą chorągiewką sygnałową w jednej ręce, i kanapką z salcesonem w drugiej lewitował przez chwilę nad wysadzoną budką, by po chwili lotem koszącym udać się za przyległy do torów, brzozowy lasek, pozostanie w naszej pamięci na wieki. A potem przyjechał ekspres „Św. Rafał”. I wywalił się na nie przestawionej zwrotnicy. A potem przyjechał towarowy z cysternami z Petrochemii. I też się wyłożył. Oj był widok. Był. Ale dzięki temu, pułkownikowi przeszła chęć wywalenia nas na zbity pysk. A że przez przypadek, „Św. Franciszkiem” podróżował nasz znajomy producent kebabów, Abdullah, to i całe zamieszanie nam się upiekło. Jak sajgonka. Nie... nie jak sajgonka. Jak kebab. Nazywam się Żbik a na imię mam Kapitan.

wtorek, 24 grudnia 2013

KURT

Spotykam Kurta pod blokiem. Jest bardzo podekscytowany.
-Postanowiłem zostać żeglarzem – mówi, łapiąc mnie za ramię.
-Żeglarzem? – dziwię się.
-No, dokładnie – mówi, patrząc na mnie – Żeglarzem, będę przemierzał morza i oceany oraz inne akweny wodne na mej łodzi, albo jachcie... albo też innym obiekcie pływającym.
-Mhm – mruczę pod nosem – A przemyślałeś wszystkie „za” i „przeciw”?
-Jakie ... „przeciw”? – pyta zdziwiony Kurt.
-No jakie? – mówię – Ano takie, że nie posiadasz łodzi, jachtu ani tego innego obiektu pływającego, nie umiesz żadnego z nich prowadzić, że najbliższy akwen jest dwieście kilometrów stąd i nie masz ani czym, ani za co tam dojechać.
-I uważasz, że to są powody dla których nie mogę zostać żeglarzem? – pyta Kurt – Na pewno nie... podaj choć jeden taki, który mnie na prawdę przekona.
-Panicznie boisz się wody – odpowiadam.

sobota, 14 grudnia 2013

KURT

Stoimy z Kurtem, oparci o murek przy schodach prowadzących do sklepu z rowerami.
-Czy było tak, że byłeś całkiem sam? – pyta Kurt, przeżuwając źdźbło trawy.
-Kiedyś mama mnie zostawiła samego w domu – odpowiadam – Od tego czasu mam traumę
-Ale wiedziałeś, że wróci? – dopytuje się Kurt
-No tak... – odpowiadam ostrożnie.
-A mnie chodzi o taki moment – mówi Kurt – Kiedy nikogo wokół ciebie nie ma, nikt nie wróci po ciebie, nikt nie przyjdzie i nikt się nie zainteresuje tobą.
-O kurcze... – mówię cicho – Tak to nie miałem...
-No właśnie – mówi Kurt, wypluwając trawkę na schody.
-Ale wiesz – dodaję – Zawsze jakby co, to mam ciebie, kumpla.
-Ale ja jestem wymyślony – mówi Kurt spoglądając w moją stronę.
-Może to lepiej – mówię.
-Co „lepiej”? – pyta Kurt.
-Może lepiej być wymyślonym – odpowiadam – wymyślony nie ma potrzeb, zachcianek, nie musi kochać, nienawidzić ... nie musi nic.
-A propos potrzeb... – mówi Kurt, udając się w kierunku najbliższego drzewka.
-No tak... – mówię w jego kierunku – W końcu można być „wymyślonym inaczej”.

piątek, 22 listopada 2013

RADOŚĆ

RADOŚĆ

Od dnia wczorajszego
Me życie radosne
Zaszczycę więc stryczkiem
Nie dąb... ale sosnę

niedziela, 17 listopada 2013

DIAGNOZA

DIAGNOZA

Rosną na wierzbie gruszki jak dynie
Wyschnięta rzeka pod górę płynie
Błękitne chmury na białym niebie
Boli mnie głowa. Od czego? Nie wiem...

czwartek, 14 listopada 2013

DO ANI

Na głowie Ani jest beret z cyckiem
Pod pachą wiersze są Konopnickiej
Różowy plecak na dwóch ramiączkach
Ach! Delikatna jest Ani rączka

Ale coś psuje ten obraz błogi
Obraz cnotliwej, skromnej niebogi
Ostry makijaż i w ręku piwko
Mówi, że Ania jest tanią dziwką.

piątek, 25 października 2013

BUBLIA

Czytanie z listu św. Tymasza do drużyny kajakarzy z Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch

I wszedł Pan do świątyni. I kupców zoczył co badziewiem handlowali, pieniądze wymieniali a i ptaki srające, gołębiami zwane na sprzedaż mieli, jak im nie uciekły. I może by nic się nie stało, ale jeden z gołębi, przelatując nad Panem lotem koszącym, zapaskudził mu sandał podróżny. I może nadal by się nic nie stało, bo Pan z pokorą pochylił się nad sandałem aby połą odzienia ucznia swego, nieczystość usunąć, lecz nie zauważył narożnika stołu kupieckiego i boleśnie przyrżnął w nie czołem. I choć oblicze pańskie purpurowym z gniewu się stało a i guz na czole wyrastać począł, Pan opanować się raczył. I odwróciwszy się, wyjść ze świątyni zamiarował. I wtedy jeden z kupców, cały swój majdan na wozie dwukołowym przewożąc, jednym z tych kół Panu po stopach przejechawszy, nawet „przepraszam” nie raczył powiedzieć. I wtedy w Pana gniew wstąpił ogromny. Żyła mu na czole nabrzmiała, guz podnosząc na kształt jednorożca, oczy zabłyszczały a i z kącików ust ślina bojowa pociekła. I ryknął Pan na kupców, że jaskinię mu z domu modlitwy czynią i w podskokach kazał wy... wynosić się jak najprędzej. I usłuchali kupcy bo gniew Pana był straszny a i kupujących w tym dniu jak na lekarstwo. I wyszli wszyscy. Ale Pan zadowolonym nie był, bo ktoś ponownie mu wózkiem po stopach przejechał, czyniąc je napuchniętymi jak u sasquatch’a.
Niemniej cisza się zrobiła kiedy świątynia z plugastwa handlowego się oczyściła. Ostatnie gołębie odleciały w kluczu na południe. I odetchnął Pan z ulgą. I na zasłużony odpoczynek do domu swego się udał.
I wrócił Pan nazajutrz aby sprawdzić, czy kupcy potajemnie się do świątyni nie przemycili. Ale nie. Świątynia pusta stała i ciemna. I to Pana zastanowiło. Aby ciemność ta zbadać do okna świątyni pobierzył i to co ujrzał spowodowało, iż czubki sandałów zagięły mu się ku górze. Przed świątynią stało coś, co miejscowi nazywali supermarketum. I to nie jedno. Mnóstwo supermarketum, jedno obok drugiego. I w każdym ludu pełno i handel całodobowy. I zaczął się Pan nawet zastanawiać czy dobrze uczynił, wyganiając kupców zamiast ich opodatkować. Ale zaraz boska jego natura, górę w myśleniu wziąwszy, spokój na oblicze jego powróciła. Do czasu aż jeden z kupców przejechał mu wózkiem po nie zagojonych stopach.

wtorek, 22 października 2013

STAR KRET


ODCINEK 1 „Wieczorek zapoznawczy”
Rok 34738.2, statek federacji zdekonfederowanych federastów Molehillprise. Kwadrant HU, wektor J. Mostek.
Kapitan – Chciałem powitać wszystkich na dziewiczym rejsie...
Pilot – Dziewiczym chłe, chłe, chłe...
Kapitan – Wszystkich z wyjątkiem naszego byłego I pilota, ochrona
(Ochrona wyprowadza zaśmiewającego się pilota z mostka)
Kapitan – Jak państwo zapewne wiecie, byłem dotychczas dowódcą USS Junk... w trakcie potyczki z flotą Chlorów z planety Zassys, nasz okręt gwiezdny został poważnie uszkodzony, a załoga zginęła, tylko mnie udało się uratować...
I Oficer – Słyszałem, że mostek został całkowicie zniszczony...
Kapitan – Dobrze pan słyszał
I Oficer – Hmm, to gdzie pan wtedy był?
Kapitan - ... Na 4 poziomie
I Oficer – Ale... tam była tylko sekcja...
Kapitan – Sekcja toalet, wyssało mnie przez muszlę
I Oficer – Błehehehe
Kapitan – Ochrona!
(Ochrona wyprowadza rechoczącego I Oficera z mostka)
Kapitan – Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie kogo przedstawiać
(Głos) – Maszynownia do mostka
Kapitan – Kto to powiedział?
(Głos) – Maszynownia do mostka
Kapitan (rozglądając się wokół) – Taki żarcik z kapitana, co?
(Głos) – Maszynownia do mostka
Kapitan (po chwili zastanowienia) – Łyżka do zupy...
(głos II) – Zupa zgłasza się, chorąży Plaskacz
Kapitan – Jaka zupa?
Plaskacz – Jaka łyżka?
(głos) – Maszynownia do mostka, pilne !
Nawigator – Panie Kapitanie...
Kapitan – Niech Pan mi nie przeszkadza, staram się namierzyć żartownisia
Nawigator – Panie Kapitanie... mostek to... my
Kapitan – My mostek?
Nawigator – Tak, my... mostek
Kapitan – Jak my mostek, to wy maszynownia.
Nawigator – Nie, my mostek, oni maszynownia.
Kapitan – My mostek? Coś pan kręci. Jak my mostek, to pan się powinien nazywać Mostek... a ja na identyfikatorze widzę „Nawigator”... szpieg?
Nawigator – Ależ panie kapitanie!!!
Kapitan – Ochrona!!!
(ochrona wyprowadza szamoczącego się Nawigatora)
Kapitan – No mówiłem, że jeszcze trochę i nie będzie do kogo wygłaszać mowy powitalnej... ktos jeszcze został?
(głos) – Ja, maszynownia!
Kapitan – Ok., zanotowałem... maszynownię, jeszcze ktoś?
Pani Inżynier – Melduję obecność panie kapitanie, jestem głównym inżynierem naszego okrętu.
Kapitan – Ok., ktoś jeszcze?
Szef Ochrony – Melduje się szef ochrony
Kapitan – Dobrze, zanotowałem w swojej przepastnej pamięci.
(głos) – Maszynownia do mostka... cholera jasna!!!
Kapitan – O, jeszcze Cholera jest z nami, dobrze... to może w końcu wygłoszę swoją mowę. Całą noc siedziałem nad nią, 2 długopisy plazmowe wypisałem i niezliczoną ilość papieru zużyłem, nie wiem czy nie pojawi się u mnie delegacja z amazońskiego lasu deszczowego i nie ukarze mnie naganą z wpisaniem do akt,,, a nie, bo to też papier, to nie ukarzą mnie... luzik...
(głos) – Mostek... mam to w dupie...
Kapitan (szeptem) – Ochrona...
(głos) – Co jest? Co ja zrobiłem... gdzie mnie wleczeta???
Kapitan – No i dobrze, żartowniś się znalazł. Wracając do tematu... może zacznę?
(Kapitan wyciąga plik papierów)
Kapitan (zaczyna czytać) – Witam załogę... no, to by było tyle.
Kapitan (zwijając kartki) – Powitanie mamy za sobą, możemy więc startować
Pani Inżynier – Nie za bardzo... bo maszynownia...
Kapitan (mrużąc oczy) – A pani to jest może w jakiś sposób związana z tą... Maszynownią?
Pani Inżynier – Nie, maszynownia to...
Kapitan – Coś za dużo pani o tej maszynowni wspomina... nie podoba mi się to...
Pani Inżynier – Tam jest silnik!
Kapitan – Gdzie?
Pani Inżynier – W maszynowni...
Kapitan (z odrazą) – No wiecie państwo! Nie będę tolerował podobnych zboczeń na moim okręcie... silnik w maszynowni... obrzydliwość
Pani Inżynier – Jezu...
Kapitan – O... i jeszcze trzeci... Ochrona!!!
(ochrona wyprowadza zrezygnowaną panią Inżynier)
Kapitan – Ochrona... wyprowadzić tego ostatniego...
Szef Ochrony – A mnie dlaczego?
Kapitan – A bo mi się pan z twarzy nie podoba.
(Szef Ochrony wyprowadza sam siebie)
Kapitan (z westchnieniem ulgi) – No to wieczorek zapoznawczy zakończony. A raczej przeniesiony do aresztu. Możemy lecieć.

sobota, 12 października 2013

STUDNIA

     Nad Suchą Wolą zapadał zmierzch. Nad Batysławowem, też zapadał zmierzch. Nad Magierami również. Zapadał zmierzch. Konkludując, w całej gminie robiło się ciemno i romantycznie. Ostatnie krowy wracały właśnie ku swym oborom, po całodniowy wylegiwaniu się na trawie. Szumiał wietrzyk, niosąc za sobą muczenia, porykiwania i inne odgłosy wiejskie. W tym rozregulowany silnik traktora, koncert koników polnych na łące za sadem i pokrzykiwania starej Waleniowej, która pokrzykiwała zawsze, bez względu na sytuację. Teraz też postanowiła sobie pokrzykiwać i nikt się temu nie dziwił. I było to całkiem normalne, swojskie i agroturystyczne. Bo i swoi, i letnicy znali i szanowali to pokrzykiwanie. I nawet już nie odwracali głów, aby wyszukać skąd pokrzykiwanie to dochodzi. Nie musieli, bo wiedzieli, że to Waleniowa sobie pokrzykuje. I tym razem więc, nie zwrócili uwagi na odgłosy dochodzące z jej obejścia. A szkoda, bo być może nie byłoby to ostatnie pokrzykiwanie Waleniowej, która w całkiem nieprzemyślany sposób podeszła do naprawy kołowrotu jej własnej, prywatnej studni. Przez pewien czas pokrzykiwała sobie jeszcze z dna studni, dodając swym pokrzykiwaniom nowej jakości, tworzonej przez echo, wodę i omszone cembrowiny. Ale nie trwało to zbyt długo. W końcu ucichło. I już tylko szum wiatru było słychać i trzepot skrzydeł zagubionej szarańczy wędrownej. Dzień kończył się jak zazwyczaj. Słońce zachodziło powoli za lekko pofalowane pola, by w końcu zamigotać kilkoma czerwonymi promieniami i skryć się za horyzontem. I nie było w tym zachodzie, ani w tym dniu, niczego nadzwyczajnego. No właśnie. Nie było. Więc o czym pisać? Dobra, to nie ma sensu. Kończymy. Waleniowa odeszła do lepszego świata, pozbawionego zdradliwych studzien, traktor zaparkował przed gospodarstwem a zagubiona szarańcza znalazła sobie partnera, dzięki biuru matrymonialnemu, kojarzącemu samotne i opuszczone szarańcze. Idylla. Oklaski.

Zebranie Rady Ministrów średnio zamożnego państwa o prostych granicach.
Premier – Szanowne Panie..
Minister Sportu – Pań nie mamy w Radzie
Premier – Jak to nie mamy?
Minister Sportu – No nie mamy
Premier – Ale mieliśmy? Dobrze pamiętam?
Minister Sportu – Tak, mieliśmy... Panią Minister Infrastruktury, Pieśni Niedzielnej i Studzien Głębinowych
Premier – I co z nią?
Minister Sportu – Utonęła
Premier – W morzu?
Minister Sportu – A czemu w morzu?
Premier – A tak mi przyszło do głowy bo moja kuzynka mieszka nad morzem
Minister Sportu – Moja w górach
Premier – A konkretnie?
Minister Sportu – 654 metry nad poziomem morza
Minister Transportu – Ja nie mam kuzynki
Premier i Minister Sportu (razem)- Utonęła?
Minister Transportu – Nie... czemu?
Premier – A jakoś tak... to zresztą nie istotne... wróćmy do naszej pani minister. Czy może mi pan wyjaśnić, jak to się stało, że zostaliśmy pozbawieni jej obecności?
Minister Sportu – Wpadła do studni
Premier – Do studni? A co ona robiła przy studni?
Minister Sportu – Próbowała naprawić kołowrót...
Premier – Kołowrót? To ona już nic lepszego nie miała do roboty?  A może to takie hobby jej było? Naprawa tych kołowrotów. Ja na ten przykład zbieram bobki szynszyli...
Minister Transportu – Bobki? Znaczy te...
Premier – Tak, te... dokładnie
Minister Transportu – To nie jest chyba całkiem normalne?
Premier – Kwestionuje pan hobby pańskiego szefa?
Minister Transportu – Ależ jakżebym śmiał... każdy ma jakieś hobby
Premier – Pan też? Jakie?
Minister Transportu – Znaczki... znaczki zbieram
Premier – Znaczki? Pocztowe?
Minister Transportu – No... nie, takie większe trochę...
Premier – Większe? Niech pomyślę...

(Przerwa na myślenie pana Premiera trwała 3 godziny i 24 minuty biorąc pod uwagę krótki wypad na siku i wypalenie kubańskiego cygara, a w zasadzie jego niedopałka)

W tym czasie w budynku spółki wodociągowej „Chlupot” trwa casting na nocnego stróża, mającego pilnować studni głębinowej, będącej oczkiem w głowie prezesa.
Przewodniczący komisji zwraca się do pierwszego chętnego.
Przewodniczący – Pana nazwisko?
Chętny – Moczydło... Ignacy
Przewodniczący – Ładne, nazwisko, takie wodne... czy pan śpi w nocy?
Moczydło Ignacy – Śpię
Przewodniczący – Następny!
(Wchodzi następny chętny do objęcia stanowiska)
Przewodniczący – Nazwisko?
Chętny II – Rapier Euzebiusz
Przewodniczący – Śpi pan w nocy?
Rapier Euzebiusz – No czasem się zdrzemnę...
Przewodniczący – Won!, Następny!!!
Rapier Euzebiusz – Ale ja...
Przewodniczący – Następny!!!
(Wchodzi kolejny chętny do objęcia stanowiska)
Przewodniczący (już poirytowany) – Nazwisko!
Chętny III – Licho Bogumił
Przewodniczący – Śpi pan w nocy? Ale prawdę mi tu proszę mówić!
Licho Bogumił – Ja?  W nocy? A gdzie tam. Widzi pan moje oczy?
Przewodniczący – No widzę... podkrążone jakieś...
Licho Bogumił – No właśnie, to od niewyspanie...
Przewodniczący – To nie śpi pan w nocy?
Licho Bogumił – Pewnie że nie, ani w nocy ani w dzień... Licho nie śpi
Przewodniczący – Idealny! Jest pan przyjęty!


Gdzieś w świecie równoległym gdzie wszystkie przyprostokątne, równe są 8/13 lewego boku studni życzeń, gdzie istnieje brawitacja która z grawitacją wspólnego nic nie ma. Gdzie w końcu, końca nie ma i mimo, że wszyscy na niego czekają, to na pewno nie przyjdzie, mieszkała sobie brzydka studnia. Krzywa była, cembrowinę z ubytkami miała, wody w sobie niewiele a i do tego cuchnącą paskudnie. I nawet mech studzienny, tak chętnie zamieszkujący studnie świata równoległego, w tym wypadku wymiękł, od kręgów betonowych się odczepił i runął w dół. Tak popełniając tradycyjne samobójstwo, którego popełnianie z kolei zagrożone było karą śmierci. Ale tylko w przypadku jeśli było udanym. Samobójstwa nieudane, oceniane były przez wyłonione z kręgów elity jury. Jury przyznawało punkty, samoprzylepne słoneczka i talony na pobyt w solarium „Popiół i Popiołek”. Nasza studnia liczyła na przybycie jury, ekip telewizyjnych, prasy i gapiów wszędobylskich, ale niestety mech dał plamę i się zabił. A mogło być tak pięknie. Popularność, nagrody, hołdy. Życie studni mogło się odmienić. A tak? Pozostało stać jej na zadupiu, rozpylając wokół zaduch straszliwy. I stała by tak po dziś dzień gdyby nie zdarzenie o którym nie opowiemy, bo trwałoby to zbyt długo i w sumie opowieść wcale nie byłaby zajmująca i ciekawa. Za to warto wspomnieć o efekcie wzmiankowanego zdarzenia. Nasza brzydka studnia po prostu się zawaliła. Runęły dreny, grzebiąc pod swym ciężarem kołowrót, łańcuch i emaliowane wiaderko z myszką mickey. I oczywiście smród straszliwy. To niecodzienne zdarzenie spowodowało absolutne zaskoczenie na twarzy Waleniowej, która pojawiała się przy studni we wszystkich światach równoległych pisanych przez „ch”. Ale tylko tutaj, Waleniowa stanęła zaskoczona faktem, że nie może wpaść do studni i pokrzykiwać. I smutek na jej twarzy się odmalował. A i pewnie łezka jakowaś po spracowanych licach pociekła. I nie pozostało Waleniowej nic jak tylko odbiec w pląsie. I odbiegła ku najbliższej studni, a potem ku następnej i jeszcze jednej. Ale wszystkie były już zajęte i z ich wnętrza dobiegały pokrzykiwania. I śmierć przestała już mieć sens. A co to za śmierć, która nie ma sensu?

Premier – No myślałem trochę o tych większych znaczkach, ale nic nie wymyśliłem...
Minister Transportu – Drogowe znaczki
Premier – Aaa... o te chodzi, a jaki pan ostatnio zebrał?
Minister Transportu – „Droga bez wyjazdu”
Premier – Cos mi się z taką drogą kojarzy...
Minister Transportu – Serio?
Premier – Taak... ostatnio jak jechałem do ministerstwa ... to kierowca mnie skrótem chciał tam doprowadzić... ale się okazało, że to właśnie taka droga bez wyjazdu była... tylko jakiś matoł znak ukradł...
Minister Transportu – Eee... a jaka to ulica była?
Premier – Buraczana?
Minister Transportu – Bu... bu... buraczana?
Premier – A kolega coś wie na temat zniknięcia tego znaku?
Minister Transportu – Bu... bu... absolutnie dementuje takie plotki
Premier – Przyznać mi się tu, ale to zaraz!
Minister Transportu – To nie ja, to nie ja... tak to ja... nie, to nie ja...
Premier – No to mamy w ministerstwie wakacik...
Minister Sportu – To koniec? Nie było słowa o studni.
Premier – Jak nie, jak właśnie było
Minister Sportu – Ano tak, faktycznie.